Przejdź do głównej zawartości

libki



Przez ostatnie kilka lat przez część środowiska anarchistycznego — zwłaszcza te jego fragmenty, które znajdują się najbliżej akademii, aparatu NGO oraz szeroko pojętych „ekosystemów sprawiedliwości społecznej” liberalnej lewicy — przetacza się osobliwy nurt. Brzmi on mniej więcej tak: „nie żyjemy w czasach rewolucyjnych”. To zdanie zawsze wypowiadane jest z nutą zmęczonej rezygnacji, jakby mówiący był już zbyt wyrafinowany, zbyt obywatelski świata, zbyt straumatyzowany lub zbyt profesjonalny, by nadal wierzyć w dawne zasady.

Słyszymy, że anarchiści nie mogą odrzucać elekcjonalizmu, bo byłoby to „dogmatyczne” albo „purytańskie”. Nie możemy podtrzymywać zasadniczego antymilitaryzmu w obliczu imperialnych sojuszy i geopolitycznych szachownic, bo to rzekomo „naiwne”, „uprzywilejowane” albo po prostu „nie tak działa świat”. Nie możemy kwestionować nacjonalizmu, bo najwyraźniej nawet anarchiści muszą uklęknąć przed ołtarzem flag, gdy wybuchnie „właściwa” wojna. A w Aotearoa coraz częściej instruuje się nas, że anarchiści — spośród wszystkich ludzi — powinni po prostu ustawić się w szeregu za Partią Pracy, Zielonymi albo Te Pāti Māori, a wszystko inne rzekomo oznacza pomaganie Prawicy, wspieranie faszyzmu lub brak poważnego traktowania „realnych konsekwencji”.

Jest to niezwykła ideologiczna wolta, która przekształciła znaczną część samozwańczych anarchistów w przystawki liberalizmu, młodszych partnerów parlamentarnej lewicy, a w niektórych przypadkach — głośnych obrońców zmilitaryzowanej władzy państwowej. To załamanie nie jest jedynie dryfem politycznym; stanowi głęboką odmowę podtrzymania najbardziej podstawowych zasad anarchizmu. To kapitulacja przebrana za realizm, poddanie się zamaskowane jako niuans oraz strach przed polityczną niepopularnością sprzedawany jako dojrzałość.

U swego rdzenia ten dyskurs wyraża coś prostego i destrukcyjnego — przekonanie, że anarchizm nie jest zdolny działać jako siła rewolucyjna sam z siebie i dlatego musi outsourcować swoją sprawczość do liberalnych instytucji.

Nie da się zrozumieć obecnego upadku anarchistycznej niezależności bez zrozumienia kulturowego ekosystemu, w którym dziś funkcjonuje wielu lewicowców. W Aotearoa, podobnie jak w całym świecie zachodnim, energia polityczna była systematycznie przekierowywana do NGO, firm doradczych, wydziałów akademickich oraz publicznie finansowanych „postępowych” instytucji, które wygodnie działają wewnątrz infrastruktury kapitalizmu. Te przestrzenie mówią językiem radykalizmu, lecz zachowują się zgodnie z bodźcami biurokracji.

Wielu młodych anarchistów nie radykalizuje się już poprzez walkę — poprzez okupacje, organizowanie się w miejscach pracy, opór antymilitarystyczny, walki mieszkaniowe czy działania przeciwko policji. Zamiast tego są socjalizowani do sfery profesjonalnej, w której głównym celem jest zdobywanie kontraktów, utrzymywanie kapitału społecznego i unikanie ryzyka politycznego. Rezultat jest przewidywalny: anarchizm staje się estetyką marki, a nie zobowiązaniem do rewolucyjnego działania.

W obrębie tych instytucjonalnych przestrzeni odrzucanie elekcjonalizmu przedstawia się jako dziecinne. Krytykowanie lewicowych partii — jako sabotowanie „postępu”. Podtrzymywanie zasad antymilitarystycznych — jako niebezpieczny idealizm. Odmowa stopienia się w wyborczy blok Partii Pracy–Zielonych–Te Pāti Māori — jako zdrada „wspólnoty”.

Nie są to jednak osądy moralne, lecz zawodowe. Anarchiści pracujący w sieciach NGO i akademii szybko internalizują fakt, że ich materialne przetrwanie zależy od dostosowania się do miękkiego lewicowego konsensusu. Krytyka wyborów zagraża kontraktom. Antymilitaryzm zagraża reputacyjnemu bezpieczeństwu. Antypaństwowa polityka komplikuje relacje z grantodawcami.

I tak wykształca się nowa norma — anarchiści nie powinni być zbyt anarchistyczni. Radykalna retoryka jest dozwolona, a nawet zachęcana, o ile ostatecznie wzmacnia parlamentarną lewicę. Wszystko, co zagraża monopolowi państwa na legitymizację, staje się niewypowiadalne.

Rezultatem jest anarchizm, który płynnie mówi o „pomocy wzajemnej”, lecz zapomina, że pomoc wzajemna nie jest usługą społeczną, lecz bronią przeciwko roszczeniu państwa do niezbędności. Anarchizm, który potępia rasizm i kolonializm, lecz kanalizuje cały opór do instytucji sprzymierzonych z państwem. Anarchizm, który popiera dekolonizację, lecz cofa się przed jakimkolwiek wyzwaniem rzuconym władzy parlamentarnej w Aotearoa. Anarchizm, który wspiera walki za granicą tylko wtedy, gdy pokrywają się one z zachodnimi narracjami strategicznymi.

W istocie jest to anarchizm, który stracił odwagę — a następnie zracjonalizował tę stratę jako intelektualną wyrafinowanie.

Dryf w stronę rozumowania wyborczego jest kluczowym objawem tego upadku. Przybiera on kilka form.

Czasem jest jawny: „Musimy głosować na Partię Pracy/Zielonych/TPM, żeby nie dopuścić Prawicy do władzy”. Czasem ubrany w retorykę sprawiedliwości społecznej: „Gdy wygrywa Prawica, cierpią marginalizowane społeczności, więc anarchiści mają obowiązek głosować”. Czasem opakowany w strategiczny fatalizm: „Głosowanie nas nie uratuje, ale kupuje trochę czasu”.

Pod tym wszystkim kryje się jednak to samo podstawowe założenie: państwo musi pozostać głównym wehikułem zmiany społecznej, a anarchiści muszą dostosować swoją politykę do tej rzeczywistości.

Zdumiewające jest, jak szybko anarchiści zapominają, że nowoczesne państwo — liberalne czy konserwatywne — jest strukturalnie niezdolne do zniesienia wyzysku, hierarchii i aparatu przymusu, które je definiują. Nawet gdy rządy lewicowe podejmują reformy, czynią to poprzez wzmacnianie tej samej machiny, którą anarchiści chcą rozmontować: policji, więzień, armii, granic, biurokracji socjalnej, technologii inwigilacji, systemów fiskalnej ekstrakcji.

W Aotearoa Partia Pracy jest podręcznikowym przykładem. Za każdym razem, gdy wraca do władzy, środowisko anarchistyczne pęka. Ci, którzy są najbliżej infrastruktury NGO, zaczynają argumentować za „strategicznym wsparciem”. Retoryka „redukcji szkód” zostaje uzbrojona w celu uciszenia krytyki tych, którzy słusznie wskazują, że Partia Pracy wielokrotnie dowiodła, iż jest lojalnym sługą kapitału, imperialnych sojuszy i krajowego menedżeryzmu.

Ta dynamika nasiliła się w erze Ardern. Wielu anarchistów, którzy wcześniej wyśmiewali parlamentarzystów, zostało zredukowanych do nieśmiałej krytyki lub całkowitej ciszy, ponieważ społeczna atmosfera liberalnej adoracji sprawiła, że autentyczny sprzeciw stał się kulturowym tabu. W kręgach aktywistycznych ardernizm traktowano jako „wystarczająco dobry”, a anarchistów, którzy się z tym nie zgadzali, piętnowano jako wichrzycieli, mizoginów lub nierealistycznych purystów.

Ruch, który postrzega siebie jako rewolucyjny, nigdy nie powinien być aż tak kruchy. A jednak załamanie było powszechne i wiele mówiące: dla wielu anarchistów przynależność społeczna do liberalnej klasy kulturowej okazała się ważniejsza niż sam anarchizm.

Gdy ta zmiana kulturowa nastąpi, uruchamia się śmiertelna logika: anarchiści nie mogą odrzucać elekcjonalizmu, ponieważ ich sojusznicy — często ich pracodawcy — na nim polegają.

Tak rewolucyjna tradycja zamienia się w grupę lobbingową.

Najbardziej alarmującym przejawem tego dryfu jest porzucenie anarchistycznego antymilitaryzmu. Przez stulecia anarchiści podkreślali, że wojna nie jest aberracją, lecz przewidywalnym rezultatem kapitalistycznego systemu państwowego. Militaryzm jest najczystszym wyrazem władzy hierarchicznej, eksploatacji zasobów, nacjonalizmu i posłuszeństwa. To maszyna pożerająca młodzież klasy pracującej w celu ochrony interesów konkurujących klas rządzących.

A jednak w ostatnich latach wielu samozwańczych anarchistów przyjęło logikę militarną nieodróżnialną od zachodniego liberalizmu. Kibicują NATO, gdy im to pasuje. Wypowiadają się przychylnie o wysyłaniu broni do wojen zastępczych. Powielają język „obrony”, „bezpieczeństwa” i „strategicznej konieczności”. Zawstydzają antymilitarystów za „niewspieranie właściwej strony”.

To najniebezpieczniejsza kapitulacja ze wszystkich.

Gdy anarchiści akceptują legitymizację wojny, rezygnują z ostatniej znaczącej różnicy między sobą a etatystyczną lewicą. W efekcie powstaje anarchizm, który posłusznie podąża za emocjonalnymi rytmami zachodnich cykli medialnych — oburzony, gdy mu każą; wspierający, gdy mu każą; milczący, gdy mu każą — zamiast utrzymywać własny antymilitarystyczny kompas.

Część tego załamania ma charakter ideologiczny. Część — materialny. Lecz istotna część jest psychologiczna.

Wielu anarchistów dziś panicznie boi się zostać uznanymi za „nieodpowiedzialnych”. Szersza kultura liberalno-lewicowa ujmuje politykę w kategoriach zgodności, bezpieczeństwa i minimalizacji szkód. Wszystko, co podważa ramy instytucjonalne, uznawane jest za lekkomyślne. Wszystko, co zakłóca polityczną normalność, jest niebezpieczne. Wszystko, co podkopuje parlamentarną lewicę, pośrednio „pomaga Prawicy”.

Tworzy to paraliżujący krajobraz moralny, w którym najcięższym grzechem anarchisty nie jest popieranie status quo wystarczająco głośno. Strach przed obwinieniem za zwycięstwo prawicy staje się tak przytłaczający, że wielu przestaje w ogóle wyobrażać sobie politykę poza wąskim horyzontem wyborów. Strach przed oskarżeniem o „brak troski” o społeczności marginalizowane staje się bronią służącą do uciszania radykalnej polityki.

W takim klimacie anarchizm staje się tożsamością, a nie praktyką — sposobem odczuwania radykalizmu przy jednoczesnym bezpiecznym zachowaniu.

Ta polityka oparta na lęku produkuje anarchistę, który:

  • prywatnie zgadza się, że państwo nikogo nie wyzwoli, lecz boi się powiedzieć to publicznie;

  • prywatnie wie, że wybory nie zmieniają nic fundamentalnego, lecz mimo to głosuje i naciska na innych, by robili to samo;

  • prywatnie sprzeciwia się wojnie, lecz udostępnia liberalne frazesy, by nie uchodzić za nieczułego;

  • prywatnie chce bezpośrednio przeciwstawić się kapitalizmowi, lecz poprzestaje na symbolicznych działaniach w ramach systemu.

Rezultat jest tragiczny: anarchiści radykalni wszędzie — poza miejscami, w których to naprawdę ma znaczenie.

Sytuacja w Aotearoa dodatkowo pogłębia to załamanie, ponieważ liberalna lewica jest tam zorganizowana wokół ram moralnych powiązanych z bikulturalizmem, dyskursem Traktatu oraz pracą NGO w obszarze sprawiedliwości społecznej. Są to ważne pola walki, lecz państwo nauczyło się je wykorzystywać jako broń do podtrzymywania swojej legitymizacji.

Powstaje w ten sposób krajobraz polityczny, w którym anarchiści są naciskani, by traktować aktorów parlamentarnych — zwłaszcza Partię Pracy, Zielonych i Te Pāti Māori — jako centralne wehikuły „postępu”, nawet gdy ich dorobek jest głęboko uwikłany w administrację kolonialną, policję, kapitalizm rynkowy i zmilitaryzowaną politykę zagraniczną.

Liberalne państwo w Aotearoa stało się biegłe w performowaniu cnoty moralnej przy jednoczesnym nasilaniu strukturalnej przemocy. Używa kupu Māori w rebrandingu, jednocześnie rozbudowując więzienia. Finansuje „dostawców społecznych”, jednocześnie miażdżąc standardy życia klasy pracującej. Zatrudnia konsultantów iwi, jednocześnie forsując zmilitaryzowaną inwigilację na Pacyfiku. Oferuje symboliczne uznanie, jednocześnie unikając materialnej dekolonizacji.

A jednak wielu anarchistów, zanurzonych w środowiskach NGO i warsztatach traktatowych, ma trudność z krytykowaniem tej dynamiki bez narażenia się na zarzuty ignorancji kulturowej lub reakcyjnej polityki. Skutkiem jest cisza, ostrożność lub apologetyka — zachowania całkowicie nie do pogodzenia z anarchistycznym zobowiązaniem do konfrontowania władzy państwowej, każdej władzy państwowej, niezależnie od retoryki, którą się ona maskuje.

I tak argument powraca: anarchiści muszą wspierać partie lewicowe; anarchiści nie mogą odrzucać elekcjonalizmu; anarchiści nie mogą sprzeciwiać się ramom nacjonalistycznym czy militarnym, gdy przedstawia się je jako ochronę rdzennej suwerenności lub społeczności marginalizowanych.

Takie rozumowanie myli państwo z ludźmi — błąd, przed którym anarchiści ostrzegali przez 150 lat.

Twierdzenie, że anarchiści „nie mogą” odrzucać elekcjonalizmu albo „nie mogą” sprzeciwiać się partiom lewicowym, jest ostatecznie twierdzeniem o niemożliwości wyobraźni politycznej. Zakłada ono, że państwo jest jedynym dostępnym terenem działania, że nic znaczącego nie da się zrobić poza nim, oraz że anarchiści muszą podporządkować się menedżerskiej lewicy, bo alternatywą jest nieistotność.

Ale to prawda tylko wtedy, gdy zaakceptujemy przesłanki liberalnego fatalizmu. Cała tradycja anarchistyczna istnieje właśnie dlatego, że wcześniejsze pokolenia tych przesłanek nie przyjęły. Emma Goldman nie spojrzała na początek XX wieku i nie uznała, że anarchiści muszą wspierać postępowych burmistrzów. Kropotkin nie doszedł do wniosku, że klasa pracująca powinna głosować na liberalnych reformatorów. Radykalni Māori lat 70. nie uznali, że wyzwolenie prowadzi przez Parlament. Hiszpańska CNT nie wierzyła, że emancypacja wymaga sojuszy z partiami burżuazyjnymi — aż do momentu, gdy wewnętrzne przejęcie liberalne osłabiło ją z katastrofalnymi skutkami.

Anarchizm zawsze twierdził, że polityka wykracza daleko poza cykle wyborcze. Co więcej, kryzysy naszych czasów — załamanie klimatyczne, kryzys mieszkaniowy, zmilitaryzowane układy imperialne, rozpad infrastruktury społecznej — dowodzą, że organizowanie się anarchistyczne jest nie tylko możliwe, lecz konieczne. Państwo nie jest jedynym miejscem działania politycznego. Nie jest nawet najskuteczniejszym. Jest po prostu jedynym, jakie liberałowie potrafią sobie wyobrazić.

Jeśli anarchizm ma odzyskać się z liberalnego przechwycenia, musi ponownie potwierdzić kilka podstawowych, bezkompromisowych prawd.

Anarchiści muszą odrzucić elekcjonalizm nie dlatego, że wybory są moralnie nieczyste, lecz dlatego, że uczestnictwo wyborcze aktywnie podkopuje rozwój autonomicznej siły klasy pracującej. Każda godzina poświęcona na agitację wyborczą to godzina niepoświęcona organizowaniu się. Każda kłótnia o głosowanie strategiczne odciąga uwagę od realnej pracy budowania alternatyw. Każda sekunda spędzona na obronie partii lewicowych to sekunda normalizowania idei, że wyzwolenie spływa z Parlamentu, zamiast wyrastać oddolnie z walki.

Anarchiści muszą sprzeciwiać się wszelkiemu militaryzmowi — nie wybiórczo, nie tylko wtedy, gdy pasuje to zachodnim interesom, nie tylko wtedy, gdy aprobują to liberałowie — ponieważ każda wojna wzmacnia państwo, intensyfikuje nacjonalizm i rozbudowuje aparat represji, który ostatecznie zostanie użyty przeciwko nam.

Anarchiści muszą odrzucić przekonanie, że partie lewicowe reprezentują „wspólnotę”. Partia Pracy nie reprezentuje ludzi pracy. Zieloni nie reprezentują oporu ekologicznego. Te Pāti Māori nie reprezentuje dekolonizacji. Partie reprezentują same siebie — swoje kierownictwo, swoich sponsorów, swoje bodźce instytucjonalne i swoje kariery.

Anarchiści muszą odmówić przyjęcia polityki szantażu emocjonalnego liberalizmu — idei, że jesteśmy odpowiedzialni za zwycięstwa prawicy, jeśli nie podporządkujemy się parlamentarnej lewicy.

Przede wszystkim anarchiści muszą odzyskać pewność, że możemy działać, możemy się organizować i możemy budować siłę polityczną poza państwem. Musimy przestać wierzyć, że autonomia jest niemożliwa. Przyszłość nie należy do wyborców, lecz do tych, którzy podejmują ryzyko stworzenia czegoś poza duszącymi ramami kapitalistycznego zarządzania.

Liberalny dyskurs infekujący współczesny anarchizm sprowadza się ostatecznie do jednego żałosnego zdania:

„Anarchizm nic nie może, więc anarchiści powinni pomagać liberałom”.

To defetystyczne credo podszywające się pod pragmatyzm. To szept ruchu, który utracił wiarę w samego siebie. To ideologia anarchizmu, który zapomniał o własnej historii, własnych zwycięstwach i własnej zdolności do przerażania potężnych.

Gdy anarchiści twierdzą, że nie mogą odrzucić elekcjonalizmu, porzucają zasadę, że wyzwolenie wyrasta oddolnie. Gdy twierdzą, że nie mogą sprzeciwiać się partiom lewicowym, oddają swoją niezależność instytucjom zaprojektowanym po to, by neutralizować ruchy społeczne. Gdy twierdzą, że nie mogą podtrzymywać antymilitaryzmu, akceptują logikę imperium. Gdy twierdzą, że nie mogą działać bez zgody państwa — nie są już anarchistami.

Stoimy w momencie, w którym kapitalizm się rozpada, klimat się załamuje, globalny militaryzm przyspiesza, a stare kategorie polityczne ulegają rozpadowi. To nie jest chwila, by wycofywać się w wyczerpany pragmatyzm liberalnej lewicy. To moment, by odzyskać bezczelność i jasność anarchizmu: wiarę, że klasa pracująca może się sama organizować, że wspólnoty mogą same sobą rządzić, że solidarność może zastąpić przymus, oraz że państwa — wszystkie państwa — są przeszkodami dla wolności, a nie jej narzędziami.

Świat zasługuje na coś lepszego niż to, byśmy stali się pomocniczym skrzydłem liberalizmu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wezwanie do akcji solidarnościowych w sprawie Filipa B.

 Podczas gdy anarchiści systemowi organizują już tylko akcje parzenia herbaty dla społeczniaków, Czarna Rewolta wzywa do akcji solidarnościowych z Filipem B .- niesłusznie osadzonym w systemowej katowni, przez pachołków znienawidzonego przez nas państwa. Filip B- zaangażowany antyfaszysta, działalnością uliczną zajmował sie od roku 2014Współpracował m.in z Anarchistyczne Kielce,Antifa Jaworzno Frontem Antykapitalistycznym oraz Naukowy Socjalis.   Tam gdzie pozerzy z Anarchistycznych Kielc bali się włożyc dłoń, on wkładał głowę.Nieustępliwy w walkach ulicznych z neonazistowską zarazą znany i lubiany wrażliwy na systemową niesprawiedliwosć.Współpraca z nim to czysta przyjemność - tak wspominają go, dziś jego przyjaciele, Niestety, jak w wielu podobnych przypadkach, system wyciągnął po niego swoje obślizgłe łapy najpierw, na ponad 2 lata  bez zarzutów, wsadzając do aresztu po czym skazując bestialsko na kolejne 6,5 za czyn którego nie popęłnił.      ...

Rewolucja obiega cały świat

 W ciągu ostatniego miesiąca w wielu krajach na całym świecie  wybuchają zamieszki, a nowe kraje wchodzą w cykl powstań i starć z władzami, rządami i ich pachołkami z pałami. We Francji trwają starcia między policją a demonstrantami, które wybuchły w stolicy kraju i wielu innych miastach podczas protestów przeciwko polityce oszczędnościowej proponowanej przez administrację Emmanuela Macrona. Po apelu związków zawodowych o dzień demonstracji przeciwko cięciom budżetowym ponad milion pracowników wyszło na ulice w liczbie porównywalnej od czasu zeszłorocznej walki przeciwko reformie systemu emerytalnego. W zeszłym tygodniu w Manili, stolicy Filipin, doszło do starć między protestującymi a policją, gdy tysiące ludzi wyszło na ulice, aby zaprotestować przeciwko jednej z najpoważniejszych afer korupcyjnych w kraju w ostatnich latach. Gniew wywołały skargi dotyczące szeroko zakrojonej korupcji, grabieży gospodarki i łapówek dla polityków w związku z rządowymi projektami infrastruktur...

Sabotaz jest łatwy i przyjemny

  Dlaczego sabotaż jest łatwy 1. Każdy ma dostęp Nie potrzebujesz manifestu ani megafonu, aby sabotować kapitalizm. Codzienne życie jest pełne okazji do destabilizacji opresyjnych systemów: – Spowolnienia w miejscu pracy: Praca w "rozsądnym" tempie zamiast łamania ciała dla zysku. – Cyfrowy sabotaż: Zalewanie stron z recenzjami korporacyjnymi uczciwą krytyką, udostępnianie pirackich mediów lub automatyzacja wiadomości spamowych do dyrektorów generalnych. – Sabotaż konsumencki: Kradzieże sklepowe w sklepach wielkopowierzchniowych, "gubienie" produktów w supermarketach lub bojkotowanie nieetycznych marek. Akty te nie wymagają specjalnego szkolenia. Wykorzystują kruchość systemów, które zależą od naszego posłuszeństwa. 2. Siła małych czynów Pojedynczy klucz w kołach zębatych może zatrzymać linię montażową. Podobnie, drobne zakłócenia przeradzają się w systemowe kryzysy kapitałowe. Kiedy tysiące pracowników zgłasza się na zwolnienie lekarskie tego samego dnia ("zwo...